Sprawdź:
Tak jak w temacie, jeśli mieliście sytuacje, w których myśleliście że już zejdziecie ze ziemskiego padoła, ale udało się wam wykaraskać, to opiszcie swoje przeżycia. Proszę bez śmieszkowania.
Mi widmo śmierci przemknęło na poważnie przed oczyma 2 razy:
1 - było to może jak chodziłem do 4 czy 5 klasy, wracałem do domu, wysiadałem z busa i nie patrząc się czy coś jedzie, od razu z za niego wyszedłem na drogę, a jechał akurat tir, chyba tylko czysty refleks mnie uratował i to że usłyszałem w porę ten tirowy hałas - kilka stóp dalej i wylądowałbym pod jego kołami, a tak to tylko prawie go dotknąłem nosem. Zwaliło mnie z nóg momentalnie, desperacko się nimi odpychałem, aby mi po nich nie przejechał, a to wszystko przed maską busa, kierowca chyba tego nie widział, bo nic nie zareagował. Jak wszedłem do domu to chyba pierwszy raz zdałem sobie sprawę jak można łatwo i niespodziewanie stracić życie, i że należy cieszyć się każdym dniem na maksa i żyć tak, jakby był ostatnim. Od tamtej pory już nie zapominam się rozglądać zanim wejdę na gościniec.
2 - kilka lat później, wakacje, pojechałem sobie na przejażdżkę rowerem kilka kilometrów od domu, wieś, lasowe tereny, żadnych domów, z wyjątkiem kilku letniskowych, gdzie akurat do jednego przyjechały krakusy z dużym wilczurem. No i ten psiur mnie zaatakował, leciał za mną jak jechałem, dogonił mnie, ja zsiadłem z rowera i się nim zasłaniałem, stanął kilka metrów od mnie i szczekał tak okrutnie, że byłem cały "zesrany", oczy szklane i nos zasmarkany na poczekaniu. Stałem tak z nim chyba z 5 minut, przez ten cały czas ujadał niemiłosiernie i kilka razy "odbił się" od rowera. Bałem się krzyczeć o pomoc, w obawie że go to jeszcze bardziej rozjuszy i już skoczy na mnie, a domek krakusów był z jakieś 150 metrów dalej. Po tych pięciu minutach usłyszałem że ktoś go woła, po chwili wahania odpuścił i pobiegnął do domu, a ja jestem pewny że pobiłem rekord na jakimś krótkim dystansie rowerowym, jak zacząłem uciekać. Nikomu o tym nie mówiłem że ich pies mnie zaatakował i chciał zjeść, przez długi okres czasu już się tam nie zapuszczałem. Ale po latach, jak już wszedłem na wystarczający duży level siły i pewności siebie, modliłem się aby spotkać ponownie tego psa, abym mógł go już z przyjemnością zatłuc gołymi rękoma. Oczywiście w obronie własnej.. Ale chyba już go uśpili.
Obie sytuacje miałem za "gówniaka", i obie można rzec że były klasyczne, bo ogólnie zbyt często się przecież zdarza rozjechanie na drodze czy zagryzienie przez psa.
Ale na całe szczęście przeżyłem i mogę być tu razem z wami.
